Marilyn Monroe umierała z głodu. Nie tylko dla sławy, ale także dla kontraktu, który naprawdę jej się przyda.
Jeśli spojrzysz wstecz na jej filmografię, zobaczysz tylko ikony. Ale zanim pojawiły się złote rekordy, rekordowe wpływy ze sprzedaży biletów i tragiczne zakończenie, w Los Angeles był okres dużej niepewności. Był rok 1950. Na ekrany kin wszedł film „Asfaltowa dżungla”, który udowodnił, że ma ekranowy urok. To wszystko. To całe jej CV, z którym pracowała.
Potrzebowała pracy. Więc wzięła to, co dało jej MGM. A dokładniej za to, czego nie dało jej MGM, została wysłana w inne miejsca.
Małe role, o których nikt nie mówi
Krótko przed premierą „Asfaltowej dżungli” Monroe otrzymał dwie małe role. Obydwa były dystrybuowane przez MGM. Żaden z nich nie uczynił jej gwiazdą.
Najpierw był obraz „Prawy Krzyż”. Dramat o boksie. Zagrała Dusky’ego Ledoux. Nieodpowiednie imię dla hollywoodzkiej aktorki, prawda? Miała tylko jedną scenę. Kolacja z Dickiem Powellem. Powiedziała kilka linijek. Trywialny. Jest ledwo słyszalna przez dźwięk, gdy fabuła toczy się dalej, ignorując ją.
Potem była „Historia miasta rodzinnego”. To zdjęcie jest dziwne. To był film industrialny. Finansowane przez General Motors. Monroe grała pannę Martin, sekretarkę w biurze prasowym. To była propaganda dla amerykańskiego przemysłu. Godzinny spektakl. Najprawdopodobniej nudne aż do szaleństwa.
Czy został szeroko rozpowszechniony? Nie. Jedyny publiczny pokaz odbył się w Loew’s Metropolitan Theatre na Brooklynie w czerwcu 1950 roku. Potem? Nic. Zniknął. Do 1962 roku. Potem nagle pojawił się w Australii jako „Monroe Exotic”. Rzadkość. Przedmiot kolekcjonerski. Takie było jego życie.
Awaria MGM
O to właśnie chodzi.
Miała „Asfaltową dżunglę”. Był „Prawy Krzyż”. Był taki dziwny film od GM. Miała nadzieję na kontrakt. Główną firmą była MGM. Chciała się tam dostać.
Nie dostała kontraktu.
Ani jednego.
Gdzie więc poszła? W „Fajerwerkach” (Kula ognia).
Zdjęcie Mickeya Rooneya. Rooney przeżywał wówczas kryzys. Przed odrodzeniem, przed magią, przebił się przez mroczny okres. Fajerwerki to wesoła opowieść o gwieździe łyżwiarstwa szybkiego. Nie przyciągała uwagi. Nie dała nic Monroe. Nie pomogło jej w karierze. Po prostu istniała.
Cynthia i reklama benzyny
Jeśli filmy nie działały, działały reklamy telewizyjne.
Monroe wystąpiła w reklamie Union Oil Company of California. To jest tam. Prezentuje swój samochód. „Cyntia”.
Mówi prowokacyjnym głosem. Ekran emanuje pewnością siebie. Mówi o benzynie Royal Triton. Jedyna benzyna wystarczająco dobra dla „małego brzuszka” Cynthii.
Reklama wyemitowana w Kalifornii w sezonie 1950–1951. To jest relikt. Kapsuła czasu pewnego rodzaju marketingu. Ale to jest rzeczywistość. To jest ona.
Próbowała. Przyjmowała małe role. Została odrzucona przez studio, które mogło zrobić z niej gwiazdę. Ale ona kontynuowała. „Prawy krzyż”. „Historia rodzimego miasta”. “Fajerwerki”. Reklama benzyny.
Umowa nie dotarła. Jeszcze nie dotarł. Ale walka? Walka dopiero się zaczynała.
Wczesne lata pięćdziesiąte stały się trudnym okresem dla Monroe. Johnny Hyde, jej agent i kochanek, aktywnie zabiegał o lukratywny kontrakt studyjny dla niej. Rozumiał, że w tamtym czasie w Hollywood liczyła się tylko reputacja. Aby ją zdobyć, załatwił jej rolę w „Wszystko o Ewie” Josepha L. Mankiewicza.
Studio właśnie wydało ogromny hit i Hyde dokładnie wiedział, w jaką niszę się wpisuje. Jej rola była mniejsza niż w Asfaltowej dżungli. Niektórzy mogą nazwać to krokiem wstecz. Hyde uznał to za strategiczny przebłysk geniuszu. Po co odgrywać główną rolę w filmie klasy B, skoro można zagrać w arcydziele? Przekonał ją, że praca z poważnym reżyserem jest ważniejsza niż chwilowy geniusz w roli drugoplanowej.
Okazało się, że miał rację.
Jej postać, panna Caswell, była szczególnym typem gwiazdki filmowej o pustej głowie. W scenariuszu napisano, że ukończyła Copacabana School of Dramatic Art. Nie ukrywała swoich metod. Wykorzystała swój wygląd. Wykorzystała swoje ciało. Otwarcie to stwierdziła.
Stanowiło to wyraźny kontrast w stosunku do Eve Harrington Anne Baxter. Ewe była przebiegłą manipulatorką. Wspinała się po drabinie korporacyjnej poprzez brudne sztuczki i gry psychologiczne. Panna Caswell była przejrzysta. Jej ambicje zostały otwarcie wyrażone.
Kiedy prawdziwa natura Ewe została ujawniona, publiczność – i inne postacie – dostrzegła różnicę. Okrucieństwo Ewe wydawało się osobiste i wyrachowane. Na tym tle podejście panny Caswell wydawało się niemal szczere. To była niewielka rola, ale zapadła w pamięć. Udowodniła, że Monroe potrafi dać sobie radę w dramacie wysokiego napięcia. To nie była tylko praca. To było wyznanie.
Branża zaczęła to zauważać. Nie dlatego, że była największą gwiazdą na ekranie, ale dlatego, że fascynowała szczegółami. Hyde zapewnił jej coś więcej niż tylko wynagrodzenie. Dał jej reputację. A reputację trudniej się pozbyć niż zły kontrakt.
Obsada była niesamowicie mocna. Byli tam Barbara Stanwyck, Bette Davis, George Sanders i Celeste Holm. Potężny zespół, który nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na wyróżnienie się komukolwiek innemu. Ale Marilyn Monroe? Wciąż znalazła swoje miejsce.
To nie była tylko kolejna rola. Było to nawiązanie do jej wcześniejszej pracy w „Asfaltowej dżungli” i przypomnienie surowej, magnetycznej energii, która już przyciągnęła uwagę branży. Tutaj grała pannę Caswell. Rola była niewielka, ale wyraźna. Dokładny. Mały fragment czasu ekranowego, który w jakiś sposób zdominował atmosferę filmu.
Darryl F. Zanuck nie tylko to zauważył. Był zafascynowany.
Szefowa Twentieth Century-Fox dostrzegła w jej występie coś, czego nie można było zignorować. Nie chodziło tylko o potencjalną moc gwiazd. To był konkretny i niezaprzeczalny talent. Zrobił więc krok. Zaproponował jej kolejny dzień testów ekranowych. Kolejna szansa na kontrakt.
Dlaczego to jest ważne? Bo to nie była gwarancja. To był punkt zwrotny. Jeden dzień próbnych zdjęć. Jedna szansa. Jeśli sobie poradzi, zostanie. A co jeśli się nie uda? Wróci do chóru.
Presja była absolutna. Zanuck szukał powodu, aby zatrzymać ją w personelu, zrobić z niej kolejną wielką gwiazdę. Widział potencjał. Teraz musiał się upewnić, że to prawda.
Następnym krokiem był dzień próbny samego kręcenia.




























