Dane są królem. Przynajmniej jeśli chodzi o płeć.
Dwudziestu ośmiu rolników. Nazywają siebie „tropicielami ślimaków”. Podczas gdy rolnicy na całym świecie martwią się, że ich uprawy zostaną zniszczone przez szkodniki, ci ludzie zbierają informacje. Jak się okazuje, Uniwersytet Harper-Adams potrzebował właśnie takich obserwatorów terenowych. Cel? Mapuj rozmieszczenie ślimaków. Przewiduj ich ruchy. Powstrzymaj niszczenie upraw bez powodowania katastrofalnych szkód w ekosystemie za pomocą pestycydów.
Model działa i co najważniejsze… rolnicy chętnie z niego korzystają.
Powodem, dla którego nie jest to tylko teoria akademicka odkładająca się na półkę, jest wsparcie dla projektu ze strony brytyjskiego Departamentu Środowiska, Żywności i Spraw Wiejskich (Defra). Mówimy o trzech latach pracy i budżecie w wysokości 2,6 miliona funtów. Inicjatywa ma uciążliwą nazwę – SLIMERS. Jest to akronim od Strategie prowadzące do lepszego zarządzania i zwiększonej odporności na ślimaki. Trudno to szybko wymówić. Ale wynik ma znaczenie. Naukowcy stworzyli mapy prognostyczne.
Dlaczego karty? Faktem jest, że zachowanie ślimaków jest przewidywalne, choć w chaotycznych ramach.
Profesor Keith Walters zauważył coś dziwnego. Kiedy gleba jest podmokła, sytuacja staje się trudna. Skupiska ślimaków pojawiają się w miejscach, w których zwykle się ich nie szuka. A potem znikają. Gdy gleba wyschnie do normalnego poziomu, wracają tam, gdzie się spodziewano.
Mamy dowody. Nawet przy niskim zagęszczeniu populacji ślimaków model działał poprawnie. Co więcej, rolnicy to akceptują. Łatwo integruje się z istniejącymi systemami technologicznymi.
Co to oznacza dla rolnika patrzącego na więdnące sadzonki?
Oznacza to rezygnację z ciągłej uprawy pól. Oznacza to ataki ukierunkowane. Leczysz konkretny obszar, a resztę zostawiasz w spokoju. Zmniejsza to koszty. Pomaga środowisku. I może teraz nie musisz już tak nienawidzić deszczu.
Ale poczekaj. Ślimaki ewoluują. Czy mapy są zaktualizowane? A może rolnicy muszą ufać danym w każdym sezonie wiosennym?
Gleba może wyschnąć. Ale pytanie pozostaje otwarte.
Czy to naprawdę wystarczy?

































